Nevan pozostał w zdobytej bazie Krygolitów przez szereg dni, pomagąjąc stworzyć strategię umocnienia panowania w delcie, zanim otrzymał rozkaz powrotu do Bazy Atilla i pewną ilość oklasków.
W czasie powrotnej podróży spotkał się z Lalelelang w kabinie pilota. Nagrywała czynności wykonywane przez załogę wehikułu, która składała się z Massudów i samotnego Hivistahma. Przez pancerne okna z przezroczystego metalu widać było bagniste wysepki i otwarty, tropikalny ocean, szybko przesuwający się pod prowizorycznie naprawionym pojazdem.
Oparta o tylną ścianę pojazdu siedziała w typowej dla Waisa pozie z podkulonymi pod tułów nogami. Nikomu nie przeszkadzała i nie przyciągała niczyjej uwagi. Chciał usiąść na stojącym obok fotelu, ale zmienił zamiar i siadł koło niej na podłodze. Ziemiański porucznik wszedł do kabiny, porozmawiał z jednym z Massudów obsługujących aparaturę i właśnie odwracał się do wyjścia, gdy spostrzegł pułkownika wyciągniętego na pokładzie, z plecami wygodnie wspartymi o ścianę. Młody oficer zaczął coś mówić, ale zreflektował się i wyszedł bez komentarza.
- No i co, znalazłaś to, po co tu przyleciałaś?
Duża głowa zakończona dziobem, lekko obróciła się na długiej, giętkiej szyi, by przyjrzeć mu się zbyt wielkimi, obcymi, błękitnymi oczami. Ciasne zakrętasy z opalizującego złota i purpurowego blasku obramowywały każde z nich. Waisowie zawsze byli świadomi swojej prezencji, nawet w nienaturalnych warunkach.
Rzęsy Lalelelang zatrzepotały:
- Wszystko to i jeszcze więcej niż mogłam zamarzyć, pułkowniku Straat-ien.
- Myślę, że powinniśmy wreszcie skończyć z tymi wojskowymi terminami. Mów mi po prostu Nevan.
- Doskonale. A ty możesz się do mnie zwracać poufałą fonematyczną sylabą.
- Spróbuję zapamiętać, cokolwiek to oznacza. Gotowa do następnej bitwy?
- Muszę zadecydować. - Schyliła głowę, żeby sprawdzić mały rejestrator, którego Nevan nigdy jeszcze nie widział poza wypustkami jej skrzydła. Waisowi łatwiej było przybliżyć oczy do obiektu badań, niż unieść go do obejrzenia. - Zebrałam tak dużo materiału w ciągu kilku ostatnich dni, że zastanawiam się, czy nie wrócić do domu, żeby zbadać to, co tu zdobyłam.
Natrętny niepokój, który sierżant Conner zasiał w umyśle Nevana, jak uporczywe swędzenie, rozbłysnął trochę jaśniej. To było oczywiście niemożliwe. Nie było szans, żeby mogła domyślić się prawdy z samego patrzenia, jak Conner pracuje nad Massudami. Przy dokładnym badaniu ta scena, jeśli skupi na niej uwagę, może wydać się jej dziwna, ale nie będzie przecież, na tej podstawie, podejrzewać Ziemianina o jakieś nadzwyczajne zdolności umysłowe. Przypadek nie był klarowny, nic, co mogłoby odkryć tajemnicę.
A jednak Conner upierał się, że coś wyczuł. Wpatrywała się w niego. Czy to coś oznaczało poza tym, że sierżant był przewrażliwiony? Nevan nie był paranoikiem w tym samym stopniu, co wielu członków Kadry.
Tylko w mniejszym stopniu.
Czy w ogóle cokolwiek podejrzewała? Jeśli tak, to biorąc pod uwagę skłonność Waisów do zachowania dyskrecji, czy będzie w stanie to wykryć za pomocą swoich sprytnych i dokładnie przemyślanych pytań?
- Chyba rzeczywiście interesuje cię jak współżyjemy z innymi reprezentantami Gromady. Na przykład z Massudami.
- Szczególnie z Massudami, ponieważ są oni jedyną pozostałą, inteligentną rasą Gromady, której udało się przytłumić normalne zachowania cywilizowanego gatunku w dostatecznym stopniu, by móc władać bronią.
- Doszłaś już do jakichś wniosków? - Uśmiechnął się zachęcająco. - Wysunęłaś jakieś hipotezy?
Nie od razu odpowiedziała. Czyżby coś było w jego głosie? Musi pamiętać, że ona jest ekspertem w sprawach ludzkiego języka i zachowań. No i będzie musiał krążyć koło tej sprawy tak delikatnie, jakby obchodził się ze śmierdzącym jajkiem.
- Nawet nie zaczęłam prowadzić badań, a co dopiero mówić o wyciąganiu wniosków.
Jeszcze się nie uspokoił.
- Ale z pewnością są jakieś sprawy, które wydają ci się bardziej interesujące, niż pozostałe? Jakieś obserwacje, czy odkrycia, które szczególnie cię zaintrygowały?
- Zawsze coś się znajdzie. - Był trochę spięty i miał nadzieję, że tego nie widać. - Na przykład to, że siedzisz koło mnie. Odprężył się.
- Co masz na myśli?
- To wskazuje na stopień grzeczności i uprzejmości, który nie jest zwykle przypisywany twojemu gatunkowi. Zdając sobie sprawę z tego, jak wasz wzrost onieśmiela wszystkich, prócz Massudów i Chirinaldów, z własnej woli zdecydowałeś się zredukować swoją wrodzoną fizyczną przewagę, siadając na podłodze. Może myślałeś, że tego nie zauważę?
- Tak naprawdę, to nawet o tym nie pomyślałem. Po prostu jesteś pod moją opieką i moim obowiązkiem jest zrobić wszystko, byś się jak najlepiej czuła, gdy tu jesteś.
- Naprawdę? Szkoda. Wolałabym przypisać twoje czyny wyższym motywom. Zmienię odpowiednio swoje notatki.
Poczuł się jakby właśnie zaoferowano mu możliwość podwojenia pieniędzy, a on zdecydował się wyrzucić je w błoto na szczególnie głupi zakład.
- Coś jeszcze? - zapytał z mniejszym, niż poprzednio zainteresowaniem. - A co sądzisz na temat naszego współdziałania z Massudami?
- Wasze stosunki są lepsze, niż oczekiwałam. - Pomyślał, że trochę się wykręca, ale z Waisem nigdy nic nie wiadomo.
- I to wszystko? - Mazvwecki pocisk eksplodował gdzieś w pobliżu, wstrząsając szybko lecącym wehikułem. Przypadkowe uderzenie z odległych pozycji wroga, oddane bardziej na łut szczęścia, niż z myślą o wyrządzeniu prawdziwej szkody.
- Jest niezaprzeczalnym faktem, że Massudzi walczą z większą determinacją, gdy idą do boju u boku odpowiednich sił ziemiańskich.
- To nic nowego. Jak myślisz, dlaczego tak jest?
- Choć jest to fenomen, który był gruntownie badany, nikt jeszcze nie przedstawił pełnego i zadowalającego wyjaśnienia, nawet sami Massudzi. Chyba ma to coś wspólnego z umiejętnością Ziemian do całkowitego zapominania o cywilizacji i powracania do prymitywnych, krwiożerczych instynktów. - Zauważył, że w jej głosie nie było nawet cienia oskarżenia, czy dezaprobaty. Jej stosunek do sprawy był czysto naukowy. Po prostu relacjonowała suche fakty. Bez dalszej zachęty dodała:
- W czasie niedawnego konfliktu było jedno wydarzenie, które pozostało w mojej pamięci.
Zdrętwiał, gdy dokładnie opisywała spotkanie Connera z wycofującym się oddziałem Massudów.
- W tamtej chwili ci massudzcy żołnierze wydawali się całkiem zdecydowani unikać dalszej walki. A jednak jednemu z twoich ludzi udało się za pomocą zaledwie kilku słów przekonać ich, by powrócili do boju.
- Masz to oczywiście nagrane?
- Naturalnie. - Jej rzęsy zadrgały, a długa, opierzona szyja wygięła się wymownie. - Niewiele jest rzeczy, które chciałabym mieć nagrane, a nie mam. Nie chciałabym wydać się zarozumiała, ale nie wstydzę się powiedzieć, że jestem profesjonalistką.
Straat-ien udał obojętność.
- Tego typu rzeczy ciągle się zdarzają. Massudzi często potrzebują nieco moralnego wsparcia, by pomóc im przezwyciężyć ich naturalną "cywilizowaną" powściągliwość. To jedna z wachlarza usług, które my. Ziemianie świadczymy.
- Wcale w to nie wątpię. Tylko że nie miałam wcześniej okazji być świadkiem czegoś takiego. Uznałam to za szczególnie ciekawy przypadek wśród wielu innych. To boleśnie mi uświadamia ile się jeszcze muszę nauczyć. - Mrugnęła do niego. - Rozwodziłeś się nad tym wypadkiem. Czy też uważasz, że jest w jakikolwiek sposób nietypowy?
- Nie - odpowiedział, może trochę zbyt szybko. - Po prostu miałem okazję pogadać z oficerem, o którym mówiłaś, sierżantem Connerem i w trakcie ogólnej rozmowy wspomniał mi o tym. Nie z powodu spotkania z Massudami, ale dlatego, że zauważył, że nagrywałaś to z boku.
- Mam nadzieję, że moja obecność nie wpłynęła niekorzystnie na jego zachowanie w tym szczególnym momencie?
- Oczywiście, że nie. Ale zdajesz sobie chyba sprawę z tego, że twoja obecność w takich sytuacjach jest bezprecedensowa. Musisz się liczyć z tym, że zostaniesz zauważona.
- Rozumiem. - W jej głosie było słychać ulgę. - Jako badacz, zawsze zdaję sobie sprawę z tego, że moja obecność może wywrzeć jakiś wpływ i przez to zmienić sytuację, którą właśnie próbuję przestudiować.
- Czy słychać odgłos padającego w lesie drzewa, jeśli nie ma nikogo, kto by to słyszał? - wymamrotał.
- Słucham?
- Nie, nic. Mówiłem do siebie. A więc twoja praca posuwa się do przodu?
- Szybciej, niż myślałam. Ciągle jestem zmęczona.
- Zupełnie tego nie widać.
- Pochlebiasz mi. To jest coś bardzo miłego w zachowaniu Ziemian, nawet dla was samych. Mimo to doceniam twoje zainteresowanie. - Wydała z siebie długi, wibrujący gwizd, zakończony opadającym pasażem. - Jestem pewna, że gdy już wrócę do domu, będę potrzebować co najmniej kilku miesięcy odpoczynku, zanim nawet zacznę myśleć o zajęciu się górą materiałów, które zdobyłam. Już samo dopilnowanie, żeby wszystko zostało prawidłowo przekopiowane i zmagazynowane, będzie ciężką pracą.
- Tak - zamruczał Nevan z roztargnieniem - byłaby wielka szkoda, gdyby część z tego została utracona.
Podpierając się ścianą podniósł się i stał, górując nad nią. Pomimo swojego przygotowania zadygotała z powodu bliskości jego masy. A przecież Straat-ien był jednym z najniższych Ziemian na pokładzie pojazdu.
- Tak więc będziesz miała mnóstwo roboty, gdy już wrócisz do głównej bazy.
- Bez wątpienia. Nagrywałam i obserwowałam. Teraz przychodzi pora na systematyzowanie. Jeśli się da, chciałabym też uzyskać więcej materiałów na temat stosunków Ziemian z innymi niż Massudzi rasami Gromady.
Przechylił głowę.
- Jeśli będziesz czegoś potrzebować, nie wahaj się i proś.
- Jestem pewna, że zdążyłeś już zauważyć, że jeśli chodzi o moją pracę to nie jestem powściągliwa. - Jej rzęsy znów zatrzepotały.
- Jesteś bardzo szczera - przyznał.
- Wiem. Wśród moich ziomków zostałabym poddana ostrej krytyce.
Wyczuwając, że z jego powodu staje się coraz bardziej nerwowa, zrezygnował z dalszych pytań.
- Jesteś wyjątkowa, Lalelelang.
- Skąd możesz to wiedzieć? - Brzmiało to prawie figlarnie. - Ilu Waisów spotkałeś przede mną, pułkowniku Straat-ien?
- No cóż, dwóch. - Roześmiał się, ale szybko stłumił swoją reakcją, gdy zauważył jak się wzdrygnęła na widok jego obnażonych zębów.
- Mam nadzieją, że twoja opinia na temat mojego gatunku nie ucierpiała z powodu naszej współpracy.
- Ja również.
- W tej chwili mogę ci w zaufaniu zdradzić, że daleko ci jeszcze do ideału, ale już przewyższasz ogół Ziemian. Próbujesz zachowywać się w sposób cywilizowany. To nie twoja wina, że niuanse dotyczące właściwego postępowania umykają twojej rasie.
Choć wiedział, że w jej komentarzu nie było złośliwości, nie mógł powstrzymać się od żachnięcia:
- Mamy inną robotę... Na polu bitwy nie ma miejsca na niuanse.
- Wygłaszanie porywczych stwierdzeń jest wynikiem niepewności - odrzekła trochę zbyt enigmatycznie, jak na jego gust.
Tydzień później szedł główną aleją Bazy Atilla w towarzystwie Maia Pauka Connera. Oprócz innych Ziemian i Massudów, na ulicy pełno było Hivistahmów i O'o'yanów, Svanów i Leparów, którzy stacjonowali na Chemadii i stanowili służby pomocnicze. Otwory zasklepione przezroczystym pancerzem wpuszczały promienie słońca, które dawały pożywienie rodzimej roślinności, obficie rosnącej w rozmaitego kształtu donicach, ustawionych wzdłuż murów i dróg.
Dwóch mężczyzn dyskutowało nad problemem massudzkiego oficera. Miał on pretensję, że często lekceważono jego rozkazy, słuchano natomiast Ziemian o niższej randze. Kobieta - żołnierz powiązana z Kadrą przez Connera odkryła, że ów oficer zaczął prowadzić zapiski, dotyczące takich wypadków. Zaniepokojona tym, młoda kobieta dyskretnie powiadomiła o tej sytuacji sierżanta.
Nie był to wypadek bezprecedensowy. Członkowie Kadry zmuszeni byli zajmować się takim potencjalnie niebezpiecznym zainteresowaniem ze strony Gromady znacznie częściej, niżby sobie życzyli.
Gdyby ten oficer dostarczył wreszcie swoje dane analitycznemu komputerowi i zadał mu właściwe pytania, maszyna przypuszczalnie poinformowałaby go, że wydarzenia mają miejsce w obecności obywateli, których przodkowie bez wyjątku pochodzili od Ocalonych z Kossuut. A to wymagałoby dalszego śledztwa.
Conner informował Streaat-iena, że interesujący ich, zacny massudzki oficer zginął tragiczną śmiercią w walce o ważny, strategiczny półwysep znany jako Jac II. Nie była to odosobniona śmierć. Inni Massudzi, jak również Ziemianie również stracili życie w tej bitwie. W tej sytuacji strata dodatkowego Massuda nie będzie zauważona, a tym bardziej badana.
Raport stwierdzi, że kapitan zginął bohaterską śmiercią i był chlubą dla swego klanu. Po raz pierwszy Nevan uwikłany był, choć powierzchownie, w konieczną dla utrzymania tajemnicy Kadry, śmierć sprzymierzeńca. Nie czuł się z tym dobrze. Nie czuł się lepiej, niż ci bezpośrednio zaangażowani, ale wszyscy wiedzieli, że takie pożałowania godne metody były czasami konieczne. Ich przetrwanie, oraz przetrwanie ich żon i dzieci zależało od utrzymania siebie i swoich szczególnych zdolności w tajemnicy.
Konieczność przeprowadzenia takiej zapobiegawczej operacji na społeczeństwie była niezmiernie rzadka. To, że być może będzie musiała zostać wkrótce powtórzona i to na tym samym świecie, było niepokojące. Fakt, że naznaczone do ewentualnego usunięcia indywiduum było przedstawicielem jednej z mniej agresywnych ras Gromady sprawiał, że cała sprawa była jeszcze gorsza.
- Jak myślisz, co ona podejrzewa? - spytał sierżant.
- Jeszcze nic. Może nigdy nic nie będzie podejrzewać. Cholera, Conner, to ty to wszystko rozpętałeś. Conner potrząsnął głową ze smutkiem.
- Ja jej nie wzywałem. Ja jej nie kazałem być wtedy, gdy sugerowałem tych Massudów. Ja jej nie przypominałem, że ma użyć rejestratora. Martwisz się tą całą sytuacją tak samo jak ja, inaczej nie rozmawiałbyś teraz o tym ze mną.
Slraat-ien zatrzymał się, by zajrzeć przez zrobioną z rur, metalową poręcz na poziom znajdujący się bezpośrednio pod główną ulicą.
- Ciągle nie wierzę, że ona coś knuje. Ale w przypadku, gdyby tak było, a mnie by się coś stało, ważnym jest, by wiedział o tym ktoś bliski. Znasz Prawo.
Conner przytaknął.
- Martwisz się o to, co może sobie pomyśleć, gdy już wróci na swoją ojczystą planetę i zacznie porządkować materiał.
- Niespecjalnie. Po prostu chciałem, żeby ktoś jeszcze wiedział.
- Jesteś zbyt ufny. - Conner zwracał się teraz do swego towarzysza nie jak podkomendny, ale jak daleki krewny. Oczywiście oni wszyscy byli spokrewnieni. Wszyscy członkowie Kadry. Przez pochodzenie. Przez manipulacje genetyczne Ampliturów. Przez taką potrzebę.
- Waisowie są wytrwali. Ich umysły są równie dobre, jak innych, a z tą samicą też wszystko jest w porządku. Jasne, że może pominąć ten przypadek. Jest on zakopany w masie informacji, które zebrała. Ale, Nevan - czy możemy ryzykować? Jeśli coś odkryje, znacznie trudniej będzie naprawić sytuację na jej ojczystej planecie, niż tutaj.
Straat-ien przyglądał się drzewu, wspinającemu się z niższego poziomu przed nimi. Miało ono pień złożony z kilku mniejszych, splątanych ze sobą i długie, blado-żółte liście.
- Do czego zmierzasz, Conner? Chcesz, żebym jej "zasugerował", że ma zapomnieć o całym incydencie?
Conner się nie wahał.
- Obaj wiemy, że w tym wypadku to nie zadziała. Gdyby tylko była świadkiem, tak. Ale ona to zarejestrowała. Ponowne obejrzenie tego materiału zniweluje cały efekt najsilniejszej nawet sugestii. To byłoby jeszcze gorsze, niż nie zrobienie niczego, bowiem zmusiłoby ją do zastanowienia, dlaczego w ogóle o tym zapomniała. Nie wystarczy również poddanie jej sugestii i próba odnalezienia, oraz zniszczenia nagrania. Mogła je zduplikować i schować wszędzie.
- No dobrze. A co ty "sugerujesz"?
Sierżant odpowiedział bez zwłoki.
- Zabierz ją na jeszcze jedną wyprawę wojenną. Z tego, co mi o niej opowiadałeś sądzę, że nie oprze się takiej okazji. - Młodszy, wyższy mężczyzna wyciągnął przed siebie zaciśnięte, złączone pięści i obrócił nimi w przeciwnych kierunkach. - Wais jest kruchy.
- Ten przypadek nie jest taki prosty. - Tak dynamicznie przedstawiona przez jego kompana wizja, nie spodobała się Nevanowi. - Ona nie jest żołnierzem, jest ważną osobistością w swoim świecie, a ja jestem za nią odpowiedzialny. Jeśli tu umrze w jakichkolwiek okolicznościach, postawi mnie to w bardzo złym świetle.
- Lepiej, żebyś ty przez jakiś czas miał kłopot, niż żeby ona czegoś się domyśliła. Dobrze o tym wiesz.
Oddział Massudów przeszedł obok nich. Nevan zdawał sobie sprawę z tego, jaka będzie ich reakcja na wiadomość, że niektórzy Ziemianie mogli za pomocą umysłu manipulować nimi równie efektywnie, jak Ampliturowie.
Spojrzał przez przezroczysty pancerz. Za głęboką zatoką, w której zbudowana została baza wznoszący się klif utworzył górujący nad wszystkim skalisty cypel, który stanowił charakterystyczny, kremowy punkt orientacyjny na tle nieba. Na przeważającej długości klif był pionowy i nadawał się do wspinaczki tylko dla ekspertów ze specjalnym wyposażeniem. Zachodni ocean Chemadii bezustannie walił w granitową ścianę nawet przy ładnej pogodzie, wyrzucając w powietrze fontannę wody na wysokość ponad pięćdziesięciu metrów. Głęboko we wnętrzu bazy Ziemianin był skutecznie odizolowany od grzmotu.
To był wspaniały widok, najbardziej oszałamiający ze wszystkich, jakie napotkał w swoich wędrówkach.
- Naturalnie, to musi wyglądać jak wypadek. - Conner dalej snuł plany zabójstwa. - Myślę, że najłatwiejszym sposobem będzie zwabić ją na jeszcze jedno pole bitwy. Jeśli to nie zadziała, są inne sposoby. A jeżeli martwisz się o swój w tym udział, ja mogę się tym zająć.
- Nie mogę tak łatwo się od tego zdystansować. - Wzrok Straat-iena odwrócił się od pięknego widoku i spoczął na mieszkańcach bazy, przechadzających się po alei. Zawyła syrena ostrzegająca przed atakiem. Kilku przechodniów spojrzało w górę ponuro, ale elektroniczny krzyk nie został powtórzony. - Fałszywy alarm - pomyślał - lub testowanie sprzętu.
- Nie wiem, dlaczego tak się przejmujesz kłopotami, które jeszcze nie istnieją, Nevan. Jakakolwiek będzie reakcja, poradzimy sobie. Wypadki się zdarzają. Zwłaszcza w czasie bitwy. A ona nie jest żołnierzem, nie ma żadnego przygotowania. Jeśli przydarzy jej się tu coś przykrego, Waisowie będą prawdopodobnie mniej zaskoczeni jej losem, niż inni. Ze zrozumieniem dygnęliby głowami, czy co też tam oni u diabła robią.
- Wiem to wszystko. - Odpowiedź Straat-iena zabarwiona była irytacją. - Chcę tylko powiedzieć, że nie jestem pewien, czy to jest konieczne. To, że widziała jak sugerujesz grupę Massudów nie oznacza, że kiedykolwiek dopatrzy się w tym czegoś nadzwyczajnego. Pamiętaj, że jest przytłoczona informacjami.
- Tak jest dzisiaj - upierał się sierżant. - Kto wie co w tym dopatrzy się za rok, albo za pięć lat, gdy da trochę czasu swojej podświadomości?
- Może to od razu odrzuci. Oznaczy jako jeszcze jedno nieistotne spotkanie Ziemianina z inną rasą.
Conner przez chwilę się zastanawiał zanim odpowiedział, jakby nieco kpiarsko:
- To już nie jest tylko sprawa zawodowego uznania, prawda? Naprawdę polubiłeś tego kanarka.
- Ona jest godna podziwu. Każdy przeciętny Wais, gdyby przeszedł to co ona, zapadłby w katalepsję w czasie krótszym od minuty.
- Cholera, człowieku, ja też ją podziwiam. Problem polega na tym, że gdziekolwiek się obrócisz, ten jej pieprzony rejestrator patrzy ci w gębę.
- To jest jej praca - przypomniał towarzyszowi Nevan.
- Odwaga czyni ją niebezpieczną. Słuchaj, Kossu-kuzynie, przewyższasz mnie rangą i w wojsku i w Kadrze. Decyzja należy do ciebie.
- Muszę być pewien, że zagrożenie jest realne, zanim zniszczymy taki umysł. Nawet, jeśli nie należy do Ziemianina. Daj mi jeszcze kilka dni.
Conner wzruszył ramionami:
- Nie wiem, z czego robisz taki wielki problem. Cóż oznacza jeden mniej, lub jeden więcej Wais w skali wszechświata?
Straat-ien lekko zesztywniał.
- Najwyraźniej moje odczucia w tej sprawie różnią się od twoich, sierżancie. Jeśli twoje poglądy są prawdziwe, to nie jesteśmy wcale lepsi, niż Hivistahmowie, S'vanowie i inni myślą.
- Ja tylko mówię ci, jakie jest moje zdanie. W sprawie tego, jak nas widzi Gromada, to osobiście myślę, iż jest już troszkę za późno, by próbować zbiorowo przekonywać ich, że jesteśmy pasterskim, życzliwym rodzajem. - Cofnął się o krok.
- Jeśli dojdę do wniosku, że problem nie może być rozwiązany w żaden inny sposób, obiecuję ci samemu się tym zająć - pospiesznie zapewnił go Straat-ien.
- A co z twoją obawą o to, że jesteś za nią odpowiedzialny?
- Tym też się zajmę. Potrafię być dyskretny. Mam przewagę, bo ona nie będzie nic podejrzewała, a gdy będzie już po wszystkim, nikt inny też nie.
Conner się zawahał.
- Ty wiesz najlepiej, Nevan. Ale jeśli zmienisz zdanie i zdecydujesz, że potrzebujesz pomocy...
- Zawiadomię cię przez system. Będziemy w kontakcie.
- W porządku. - Conner elegancko zasalutował, uśmiechnął się i odszedł korytarzem, pozostawiając Straat-iena sam na sam z jego myślami.
Tej nocy Naomi była zaniepokojona, dlaczego ciągle wspomina Lalelelang?
- Dlaczego właściwie ta obca tak cię interesuje? Gdy już tu dotarła, jedyne co potrafiłeś robić, to marudzić jak bardzo komplikuje ci wykonywanie codziennych obowiązków, jak wchodzi ci w drogę i generalnie utrudnia życie, nie wspominając o tym, że naraża siebie i wszystkich wokół.
- Opinie się zmieniają. - Straat-ien odwrócił się od niej i leżał na plecach z rękami pod głową, kontemplując sufit. - Jak na Waisa wykazuje się niezwykłą odwagą.
- Brawo dla niej. Ale to nie znaczy, że musisz wpaść z jej powodu w obsesję.
Ukrywając swoje strapienie, lekko obrócił głowę.
- A kto mówi, że stała się moją obsesją?
Czy będzie zmuszony zaaranżować jakiś wypadek również dla swojej uroczej, nieświadomej towarzyszki na Chemadii? Gdy mówi się A, należy powiedzieć B.
Uśmiechnął się i obrócił tak, by leżeć z nią twarzą w twarz i obejmować lewą ręką jej kibić.
- Tak, stanowiła obiekt troski, ale nigdy obsesji. Tyle przeszła z własnej woli, że intrygują mnie jej motywy.
- Jest historykiem. - Naomi przysunęła się bliżej. - Ona po prostu wykonuje swoją pracę. Nie ma w tym nic niezwykłego.
- Owszem jest, jeśli wiesz sporo o Waisach. - Zastanawiał się jak najlepiej zaspokoić jej niebezpieczną ciekawość i nagle doznał natchnienia: - Chciałabyś ją poznać?
Naomi zamyśliła się. Po chwili obdarzyła go obojętnym uśmiechem.
- Nie. Widywałam Waisów już wcześniej. To zarozumiałe, sztywne, zadzierające nosa do góry, snoby. Bez względu na to, jak wspaniały ma umysł twoja podopieczna, jestem pewna, że w głębi serca nie różni się od pozostałych. Może jest bardziej przyjacielska, ale założę się, że to tylko część jej sposobu bycia. Nie może przecież na dłuższą metę urażać tychże Ziemian, których chce obserwować. Musi być dobrym dyplomatą. A więc zatyka nos, czy inne organy węchu i przymila się obiektom studiów, Z całą pewnością oczarowała ciebie.
- Powiedziałem, że zaimponowało mi jej samozaparcie. Nic nie mówiłem o oczarowaniu.
Naomi z całą pewnością dobrze się teraz bawiła.
- Ona na pewno obgaduje was, gdy komunikuje się z innymi Waisami. Oni to lubią. Plotkarze. To nie znaczy, że reszta Gromady nie robi tego samego, od Massudów po Leparów.
- Leparowie nie są wystarczająco inteligentni, by posługiwać się fałszem - zaoponował.
- Dobrze wiesz, co mam na myśli. Oni wszyscy patrzą na nas z góry. I nic nie szkodzi, dopóki nas szanują. Ale Waisowie są tak cholernie wyniośli. Aż by się chciało zacisnąć im ręką dzioby tak, że aż zaczną sinieć.
- Waisowie patrzą z góry na wszystkich, nie tylko na gatunek ludzki. - Ręka Nevana poruszyła się, odwracając uwagę Naomi. - Taką mają kulturę, przewaga formy nad treścią.
Jej wargi się rozchyliły, a czy zwęziły:
- Mówiąc o przewadze formy nad treścią, pułkowniku... - przyciągnęła go do siebie, a on na chwilę zapomniał o wszelkich problemach, spowodowanych przez wytrwałą historyczkę.